wtorek, 22 maja 2012

Wstęp

Detektywi to inteligentni ludzie, ale ci prywatni to chole*nie inteligentne skurczybyki – tak zwykł mawiać mój przełożony,nauczyciel i zarazem mentor z czasów gdy stawiałam pierwsze kroki w tej fascynującej krainie zwanej dorosłym światem. I choć nauczył mnie on wiele, to zdanie szczególnie zostało mi w pamięci i uwiło sobie milutkie gniazdko w moim sercu. Ponieważ zaczynam gadać sentymentalnie, przechodzę do sedna. Ludzie tacy jak ja, którzy codziennie śledzą innych ludzi musza być inteligentni. Myślenie to podstawa naszej pracy. Bez umiejętności rozumowanie nikt nie był by dobrym detektywem. Ja od dziecka (tak przynajmniej twierdzi moja rodzina) denerwowałam innych swoim wścibskim nosem i zbyt dużym poziomem wiedzy jak na swój wiek. I tak przez cały okres dojrzewania, studia, aż do teraz – i raczej nie zapowiada się żebym miała przestać, szczególnie że sprawia mi to dziką frajdę. Nie ma chyba na świecie lepszego uczucia niż sprawienie aby facet z przerośniętym ego na wysokim stanowisku poczuł się jak dziecko w przedszkolu wołające o pomoc mamusi. A co, jest lepsze uczucie? Że niby pomoc innym, miłość i takie tam pierdoły? No cóż, tak pewnie sądzą ludzie, którzy nie są w stanie doprowadzić dorosłego faceta do płaczu słowami. Nie mówię, że jestem nieczuła, że nie lubię szczeniąt albo nie wspieram WOŚP, po prostu lubię czuć się dobrze, a sytuacja w której właśnie się znalazłam powoduje silny wypływ endorfin do mojej krwi. - A więc twierdzi pan, że pańska firma nie dba o klienta? Że nie obchodzi pana renoma interesu na który pracował pan od 20 lat? Że ma pan kolokwialnie mówiąc w dupie to co do pana mówię?! – za przeszkloną ścianą gabinetu dyrektora banku zaczęli zbierać się gapie – Jako pracownik państwowy,który codziennie naraża życie, aby pan i pana rodzina – znacząco zaintonowałam ostanie słowo i wskazałam zdjęcie w pozłacanej ramce na mahoniowym biurku – mogliście czuć się bezpiecznie we własnej ojczyźnie, nie zasługuję na pana uwagę?! – wstałam z czarnego fotela na którym moje białe, jedwabne spodnie wygniotły się i tym samym sprawiły, że zmarnowałam 15 cennych, porannych minut na ich prasowanie, oparłam ręce na biurku i pochyliłam się w stronę prezesa ściszając głos jakby to co zaraz powiem miało znaczenie dla bezpieczeństwa całej ludzkości – Niech mnie pan posłucha, panie Piotrze, oboje dobrze wiemy jak to może się skończyć. Proszę spojrzeć na swoich pracowników obserwujących jak jakaś paniusia równo pana obstawie. Sądzi pan, że jeśli teraz stąd wyjdę, oni jeszcze kiedykolwiek potraktują pana z szacunkiem? – na twarzy prezesa dostrzegłam pot i przerażenie dużo wyraźniejsze niż wcześniej, pokręcił przecząco głowa a ja mówiłam dalej – No właśnie, a nie ma nic gorszego niż utrata szacunku u poddanych. – od razu sprostuje, że nie uważam pracowników za poddanych, jak w średniowieczu czy coś, ale 50-paro letni, łysiejący prezes banku z dużą nadwagą, za pewnie wyrównujący sobie braki w życiu łóżkowym,poprzez wyrzucanie frustracji na swoich pracownikach pewnie ma się za ich króla – Więc, może pan zniszczyć sobie karierę zawodową, pozwalając mi teraz wyjść, albo podpisać ten dokument, a ja wtedy pozwolę panu pokrzyczeć na mnie przez 5 minut. Potem oboje rozejdziemy się w swoje strony. Którą opcję pan wybiera? Kiedy 5 minut później wychodziłam z banku udając pokrzywdzoną istotę, ciepły, letni wiatr rozwiał mi fryzurę. -Co do k*rwy nędzy. – syknęłam przez zaciśnięte zęby, po czym nałożyłam okulary przeciwsłoneczne i szybki krokiem, z teczką podpisanych dokumentów ruszyłam do samochodu. Zapowiadał się całkiem przyjemny dzień. Po doprowadzeniu włosów do stanu jaki określam „w miarę przyzwoitym”, moje zielone autko zaczęło toczyć się w czerwcowym słońcu po ulicach miasta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz